Szczęsny Wroński
POTWÓR NIE OPISANY
Dziennik podróży wewnętrznej


08.10.1992

     Gdy usiadłem dzisiaj do maszyny, przez chwilę trwałem w stanie zawieszenia. Właściwie dlaczego mam pisać, rozpoznawać siebie, tropić jakiś sens, zamiast zająć się poważnie robieniem pieniędzy, bym mógł poczuć się komfortowo i korzystać z wielu atrakcji tego świata. Ten stan zgorzkniałego sceptycyzmu wobec naturalnego głodu prawdy to manifestacja obecności potwora, który czyha nieustannie, by w każdej chwili nas pożreć. Ważne jest na czas uchwycić pierwsze symptomy tego stanu, rozjątrzyć w sobie wszystkie wątpliwości i niechęci, by osiągnąwszy swoistą gotowość podjąć z nim walkę i zwyciężyć. Takie bitwy warto czasem sprowokować symulując słabość i skłonność do uległości. Wówczas może nam się objawić cała natura potwora, jego tajemnica - misterium wiecznego nasycania się "bogactwem". Ta "kreacja" sprawia, że stajemy się czymś w rodzaju zakamuflowanych, uśmiechniętych po amerykańsku wampirów żerujących bezwzględnie na tym co niższe i słabsze. A to wszystko ma służyć budowaniu własnego nieśmiertelnego królestwa. Jednocześnie cierpimy na brak jakiejkolwiek świadomości, że to "nieśmiertelne królowanie" może załamać się w każdej chwili. Tak z królewiczów stajemy się żebrakami. Nowy kupiony przez nas samochód, sukienka czy lodówka stają się gwarantami tej naszej "drogi do wieczności". I jakiż nieprzyjemny zgrzyt, gdy na lśniącej karoserii pewnego dnia pojawiają bąble rdzy, gdy spodnie nadgryzie mól, a sukienka straci świeżość i kolor. Gdy nas na to stać, kupujemy nowy samochód, zmieniamy ubrania, meble by wypchnąć z jak najdalej świadomość zbliżającej się nieuchronnie klęski. Nasze życie rozgrywa się w teatrze iluzji nieśmiertelnego świata i toczy nas rak nieprzemijalności rzeczy, które stwarzamy dla zaspokojenia własnej ambicji i wygody. Za wszelką cenę staramy się nie dostrzegać ich nieustannego rozpadu. Będąc ślepymi Syzyfami nie widzimy już nawet kamienia, który sam jakby toczy się pod górę. Tak, to nasz znajomy potwór triumfując zarzuca sieci i podsuwa pod nasze nienasycone paszcze haczyki zachcianek, które łykamy zachłannie. Rozpoczyna się tokowanie o palmę pierwszeństwa. Tak daje się pętać większość ludzi z kastą filozofów i kapłanów włącznie.

      Lecz kim jest ten, który w tej chwili pisze te słowa i doznaje czegoś rozpierającego, co domaga się wyrazu, wyznania, połączenia z kimś bliźniaczo podobnym, który idzie, przedziera się z uporem tą samą drogą?

      Kim jest ten, który wciąż odnajduje w sobie ten dziwny stan na granicy rozpaczy i ekstazy?

      Kim jest ten, który wcale nie pragnie uczestnictwa w zgiełku tego świata, ale marzy o jakiejś cichej osadzie, gdzie mógłby się schronić i zamienić w słuch, zatopić w ciszę...

      Znowu wygrałem dzisiaj bitwę, potwór uciekł, a raczej nie poruszając się z miejsca powrócił do przyrodzonego sobie stanu nicości. Tam drzemie spokojnie karmiony paszą mojej pozornej aktywności. Na tym polega jego wieczność. Jego nieistnienie jest tak samo realne jak moja fizyczna obecność na krześle przy biurku. To bardzo dziwne - rozpoznać kogoś, kto nie istnieje. Czyż to nie graniczy z cudem? Jednak wiem, że on pojawi się znowu w najmniej spodziewanej chwili, gdy będę słaby, zdruzgotany jakimiś życiowymi niepowodzeniem. Dlatego, by nie dać się zaskoczyć, należy tak często jak to jest możliwe wywoływać go na pojedynek, uśpiwszy uprzednio jego czujność.

      A więc do roboty! Aktorzy na scenę! Świadomie i z determinacją kreujcie waszą słabość, by dać pożywkę bestii! A gdy podniesie łeb...

      Zachwycają mnie te słowa, mógłbym głosić je na barykadach. Twarz przybiera wyraz tępej maski i już za chwilę mogłyby posypać się z rękawa wiekopomne słowa i czyny. Cóż to jest? Kto mnie pożarł?! To Patos! Dziecię z nieprzeliczonego miotu wydawanego wciąż na świat przez potwora.

      Lecz, gdy dowiem się kim jestem i skąd na prawdę przychodzę, on nie zapanuje już nade mną. Bez wysiłku zdejmuję maskę z twarzy, to łatwe i przyjemne poczuć się rozluźnionym i bezradnym wobec was, którzy patrzycie teraz na mnie. Tam, gdzieś na dnie, błąka się jakieś słowo, jakaś niejasna jeszcze myśl, zdumiewający ton, który podobnie jak ja chcielibyście teraz wyrazić.